Jeżeli potrzebujesz wsparcia psychicznego, czujesz się źle w jakikolwiek sposób, masz myśli samobójcze, przestajesz widzieć sens w swoim życiu, masz problem z własną tożsamością - nie wahaj się i napisz do mnie na zellie@interia.pl lub w prywatnej wiadomości na twitterze @zachthemoth. Obiecuję, że odpiszę i postaram się pomóc.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą [003]. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą [003]. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 sierpnia 2013

[003]

obiecałam, więc daję. Speszjal dedykacja dla rałarek is osom (@buryme_) z twittera. gdyby nie ty, ten rozdział nie pojawiłby się w ciągu najbliższego tygodnia. nigdy wcześniej nie spotkałam osoby, która aż tak bardzo wychwalałby moje beznadziejne bazgroły, czuję się mile połechtana. kocham cię. ;__;’

mam niepokojące przeczucie, że spieprzę niedługo całą historię i stracę wszystkich czytelników. :))))))) aczkolwiek komentarze nadal są jak najbardziej mile widziane, nawet te negatywne, y’know. .-.

PE-ES: MAM NADZIEJĘ, ŻE DOCENIACIE JAKŻE AMBITNE TYTUŁY ROZDZIAŁÓW. XDDDD

_______________________________________


Bolało. Nie, „bolało” to za mało powiedziane. Napieprzało jak cholera, momentami miałem ochotę zacząć krzyczeć. Nie mogłem zobaczyć, jak wygląda rana – któryś z Killjoysów owinął ją bandażopodobną szmatką, gdy byłem nieprzytomny. Nawiedzało mnie niepokojące przeczucie, że gdy ją odwinę, moja noga po prostu odpadnie.
Zabawne, bo bolało bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Może ci mężczyźni uznali, że jestem szpiegiem czy coś i namoczyli tę szmatkę jakąś trucizną, która zacznie powoli rozprzestrzeniać się po moim organizmie i umrę? To by było bardzo w moim stylu.

Jazda tym samochodem – Poison przedstawił go jako Jenny – po gładkiej powierzchni Guano była właściwie całkiem przyjemna. Oprócz bólu. Tak, ból wszystko psuł.

Poison prawie całą dotychczasową drogę przesiedział tyłem do kierunku jazdy. Nie, serio, nie przesadzam – niemal cały czas opierał policzek o swój fotel i gapił się na mnie. Czasami odwracał się, rozmawiał trochę ze Starem, by po dłuższej chwili wrócić do poprzedniej pozycji. Gdy nasze spojrzenia się krzyżowały, automatycznie na jego usta wpełzał szeroki, rekini uśmiech. Na początku zastanawiałem się, czy nie powinno mnie to niepokoić czy zastanawiać, ale potem ból przyćmił rzeczywistość i zaczęło mi zupełnie zwisać, kto na mnie patrzy.

Zawczasu zdążyłem wyciągnąć się w miarę wygodnej pozycji na tylnych siedzeniach – leżałem, ale że nie mieściłem się cały na kanapie, po prostu wystawiłem nogi przez okno, wystawały więc poza samochód do połowy łydek. Poison śmiał się i mówił, że to zmniejszy krwawienie rany, o ile krwawi. Nie wiedział, nie chciał odwijać prowizorycznego bandaża.

Myślałem o mamie. Zostawiłem ją płaczącą, błagającą na kolanach, bym został. Pamiętam jej głos. „Nie mogę stracić jeszcze ciebie!” Moje serce pękło na pół, gdy wypowiedziała te słowa. Miała rację, byłem ostatnią osobą, która jej została. Tata zginął, nie mieliśmy pojęcia, co stało się z dziadkami, ale pewnie spotkało ich to samo. Bolało, gdy o tym myślałem. Bolało bardziej, niż pogryziona noga, bolało bardziej, niż poparzone od piasku stopy. Ten ból nie słabł od ponad dwóch dni, bez przerwy wwiercał się w moje serce, wywołując kolosalne wyrzuty sumienia.

Ale cóż mogłem teraz dla niej zrobić? Jedynie spróbować zwalczyć BL/ind, żeby wreszcie mogła być bezpieczna. Nie mam pojęcia, od kiedy funkcjonuje organizacja Killjoys, ale do tej pory chyba nie dokonali niczego, co mogłoby zmienić warunki życia w Battery City. Nie mówię, że nie próbowali, bo z pewnością tak. Ale im się nie udało. I nie wiadomo, czy i kiedy może się udać.



– Frank?

Głos Poisona był cichy i łagodny. Otworzyłem do tej pory zaciśnięte powieki. Nawet nie zorientowałem się, kiedy zmorzył mnie kruchy, pozbawiony marzeń sen. Nieprzytomnie rozejrzałem się dookoła – nic się nie zmieniło. Nadal panowała noc, Poison niezmiennie siedział twarzą do mnie, Star wciąż prowadził. Coś jednak... było nie tak. Nie słyszałem tych dziecinnych przekomarzanek, panowała idealna cisza, nie licząc dźwięku opon sunących po nagrzanym asfalcie.

Zerknąłem na czerwonowłosego – jego spojrzenie też się zmieniło. Było czujne, zaniepokojone i... troskliwe? Co to niby miało znaczyć? Powinienem się cieszyć, że się o mnie martwi? Powinienem się martwić tym dziwnym błyskiem w jego oczach?

– Mhmm? – jęknąłem w końcu, na powrót zamykając oczy. Każdy najmniejszy ruch był dla mnie prawdziwą mordęgą.

– Star mówi, że nie wie, czy z tego wyjdziesz.

Na początku nie do końca zrozumiałem, co miał na myśli. Że niby z czego nie wyjdę? Z samochodu? Noga mi utknie między siedzeniami czy coś, i nie będą mogli mnie wyciągnąć?

– Spoko, chłopaki, jakoś sobie po...

A potem mój zamroczony cierpieniem umysł zrozumiał sens jego wypowiedzi.

– Och.

Nastała grobowa, nieprzenikniona cisza. Z zamkniętymi oczami przetwarzałem informacje. Że co? Że niby umrę? Znalazłem osoby, przez które opuściłem miasto, nastawiłem się na walkę i takie tam, a teraz moje życie ma się zakończyć? Ta świadomość, że teraz leżę sobie wyciągnięty na fotelach w samochodzie, oddycham, czuję, żyję, a za chwilę mogę po prostu przestać istnieć, była więcej niż przerażająca.

– W końcu go do nas zniechęcisz, idioto, wyda nas draculoidom i tyle z tego będzie – westchnął poirytowanym głosem Star. Nie rozumiałem.

Otworzyłem oczy i przeniosłem nieprzytomne spojrzenie na Poisona. Chociaż krawędzie pola widzenia zacierały się, a obraz był niepokojąco niewyraźny, widziałem dokładnie napięcie malujące się na jego twarzy. Wciągnąłem głębiej powietrze – w samochodzie, poza wonią dymu i kawy unosił się zapach krwi. Mojej krwi. Więc to tak wygląda umieranie?

Czerwonowłosy jeszcze przez chwilę pozostał poważny, a potem jego twarz rozjaśnił radosny uśmiech. Zaczął chichotać w ten swój specyficzny, infantylny sposób.

Zmarszczyłem brwi i przyglądałem mu się w skupieniu. Zdążyłem zauważyć, że ci faceci mają swoiste poczucie humoru, ale żeby śmiać się z dużego prawdopodobieństwa czyjejś śmierci?

Mijały sekundy i, mimo istnie dramatycznej sytuacji, nie mogłem powstrzymać się przed uniesieniem kącików ust w górę. Chichoczący dziko Poison był jedną z najsłodszych rzeczy, jakie dane mi było do tej pory zobaczyć.

Za jego plecami Star wyglądał, jakby z trudem tłumił śmiech.

– Chyba tego nie kupiłeś?! – zachichotał czerwonowłosy, na jego twarzy malowała się czysta, dziecięca radość. – No co ty, mały, zajmiemy się tobą, nic ci nie będzie!

Zamrugałem. A potem jeszcze raz i znowu, mrugałem przez bardzo długi czas, dopóki nie opuściło mnie całe napięcie. Poczułem się zażenowany własną naiwnością i ich zrytym poczuciem humoru. I jednocześnie szczęśliwy, bo – jeśli im wierzyć – jednak jestem w miarę bezpieczny.

– Je...steście nienormalni – wyjęczałem, poprawiając się na siedzeniach.

Zamknąłem oczy. Tylko na chwilkę, żeby dać im odpocząć. Sen zmorzył mnie szybciej, niż przewidywałem.


– Fraaank!

Obudził mnie ten sam głos.

Ktoś trzymał mnie za ramiona i potrząsał lekko moim ciałem, chichocząc i raz po raz wypowiadając moje imię. Wymruczałem coś bez ładu i składu, nim dotarło do mnie, że to nikt inny, a Party Poison. Otworzyłem oczy. Mężczyzna zaglądał przez okno pasażera – nie tyle, co zaglądał, ale przechylił się przez puste miejsce po szybie i nachylał się nade mną z zaciekawieniem godnym dwulatka. Kosmyki jego włosów łaskotały mnie w policzki.

– Sso?

– Już jesteśmy, wstawaj!

Jego słowa dotarły do mnie z kilkusekundowym opóźnieniem. Natychmiast podniosłem się do siadu, prawie zderzając się z czerwonowłosą głową. Mimowolnie parsknąłem śmiechem, widząc chaotyczny unik Poisona. Mężczyzna prawie wyrżnął potylicą o podsufitkę pojazdu.

– Aleś ty zwinny – mruknąłem, uśmiechając się półgębkiem. – Ale przydaj się na coś i pomóż mi wyjść.

Rozpoczęła się dramatyczna walka o wydostanie mojego wychudłego ciała z samochodu. To wcale nie było proste, z tą moją pogryzioną nogą. Zorientowałem się, że zupełnie straciłem w niej czucie, była wręcz sparaliżowana. Miałem nadzieję, że przejdzie mi to w najbliższym czasie, bo jednonogi im się nie przydam. Chyba, że doczepię sobie do kikuta takie drewniane coś, jakie mieli niektórzy piraci w starych kreskówkach.

– Współpracuj – usłyszałem jego sapnięcie przy uchu, gdy nieporadnie włożył mi ręce pod tyłek. Od tak; bez zbędnych ceregieli czy słowa wyjaśnienia. Zostałem przyciągnięty do jego odzianej w niebieską kurtkę piersi, niepewnie zarzuciłem mu ręce na szyję. Spoufalam się właśnie na środku pustyni z jakimś obcym facetem, fajno.
– Aua, uważaj na moją  n o g ę! – syknąłem z naciskiem na ostatnie słowo, wbijając mu paznokcie w ramię. Pewnie i tak nie poczuł nic przez warstwę tkaniny, ale przynajmniej zapewniło mi to lepszą przyczepność.

Od bardzo, bardzo dawna nie dopuściłem nikogo tak blisko siebie. Tym bardziej nie  f a c e t a – no weźcie, może jestem trochę zniewieściały, ale nigdy nawet przez głowę mi nie przeszedł homo- czy biseksualizm. Właściwie to przecież byłem jeszcze małym szczylem i raczej to nie jest czas ani miejsce na prowadzenie wewnętrznej dyskusji na temat swojej orientacji seksualnej.

Poison pachniał papierosami, kawą, plastikiem (tak, plastikiem) i tym dziwnym jedzeniem, które rozdawali za darmo w Battery City. Power-pup, chyba tak to się nazywało. Smakowało, pachniało i chyba nawet było zwyczajną karmą dla psów, ale ludzie to jedli. Smutna rzeczywistość.

– Nie wyciągnę cię – zachichotał mi wprost do ucha Poison. Mimowolnie również się zaśmiałem; taak, ta sytuacja mimo wszystko była komiczna. – Za cholerę, Frank.

W końcu zatrudniliśmy do pomocy Stara. Nie tyle, co do pomocy – on po prostu wziął mnie na ręce i wyciągnął z auta, bez najmniejszych choćby trudności. Mężczyzna postawił mnie na gorącym piachu, mierząc czerwonowłosego pełnym dezaprobaty spojrzeniem. Przytrzymałem się samochodu, żeby nie upaść.

Poison stanął z boku i, z zaróżowionymi policzkami, przeczesując włosy jak ci faceci z seriali, zachichotał nerwowo. Zaraz potem wygładził materiał kurtki (który i tak był całkiem gładki, kurtka wyglądała jak szyta na miarę, idealnie na nim leżała), przybrał oficjalną minę i odchrząknął znacząco. Star zrobił coś podobnego, ale już nie tak teatralnie i efektownie.

– Panie i panowie – zaczął, chociaż niezbyt dostrzegałem tu jakiekolwiek panie – nasza baza. Frank, prawdopodobnie twój nowy dom.

Wskazał ręką budynek wznoszący się przed nami, na który dopiero teraz zwróciłem uwagę. Wytrzeszczyłem oczy.

Nazywam się Frank Iero i – łał, to miejsce to kompletna rudera.

_____________________________________________

jak widzicie, Pojsonek ewoluował w Pojsonka Macacza.

*nerwowy chichot* wiecie, która godzina? 04:06 w tej chwili. a ja tu siedzę i piszę, no właściwie już skończyłam, więc doceńcie to .-. poprawka: DZIĘKUJCIE NA KOLANACH. >:C spieprzyłam, jak zwykle. jakiekolwiek błędy będę poprawiać dzisiaj rano (koło 12, 13), jak już wstanę, bo na razie padam. dziękuję mojemu osobistemu Macaczowi aka piezgowi aka Elizie za to, że siedzi ze mną do teraz, pomaga mi wymyślać scenariusz tego gówna i rzuca jakimiś dziwnymi zboczonymi aluzjami.

o właśnie, co myślicie o Joyridingu? tak sobie myślę, że to jedna z najbardziej Frerardowych piosenek, jakie dane mi było usłyszeć. |D ustawiłam na blogowy soundtrack, chyba wam to nie przeszkadza? .-. bo wiem, że wiele osób nie darzy tego utworu zbytnią sympatią. xD

co do opowiadania – przepraszam, że tak nic się nie dzieje. to się powinno niedługo zmienić, ale na razie i wy i ja musicie się przemęczyć.

a właśnie, co do was – baaaaaaardzo dziękuję wszystkim za komentarze (całe 3 |D). każdy z osobna i wszystkie razem cholernie mnie zmotywowały i dodały trochę wiary w siebie, chociaż nadal uważam, że to opowiadanie to gówno. .-. w każdym razie dziękuję jeszcze raz i naprawdę zachęcam do komentowania, nie ma nic lepszego niż liczba komentarzy podskakująca o oczko w górę. <3


acha – wiem, że krótkie. przepraszam. ostatnio pisanie ciężko mi przychodzi.