obiecałam, więc daję. Speszjal dedykacja
dla rałarek
is osom (@buryme_) z
twittera. gdyby nie ty, ten rozdział nie pojawiłby się w ciągu najbliższego
tygodnia. nigdy wcześniej nie spotkałam osoby, która aż tak bardzo wychwalałby
moje beznadziejne bazgroły, czuję się mile połechtana. kocham cię. ;__;’
mam niepokojące przeczucie, że spieprzę
niedługo całą historię i stracę wszystkich czytelników. :))))))) aczkolwiek
komentarze nadal są jak najbardziej mile widziane, nawet te negatywne, y’know.
.-.
PE-ES: MAM NADZIEJĘ, ŻE DOCENIACIE JAKŻE AMBITNE TYTUŁY ROZDZIAŁÓW. XDDDD
_______________________________________
_______________________________________
Bolało.
Nie, „bolało” to za mało powiedziane. Napieprzało jak cholera, momentami miałem
ochotę zacząć krzyczeć. Nie mogłem zobaczyć, jak wygląda rana – któryś z
Killjoysów owinął ją bandażopodobną szmatką, gdy byłem nieprzytomny. Nawiedzało
mnie niepokojące przeczucie, że gdy ją odwinę, moja noga po prostu odpadnie.
Zabawne,
bo bolało bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Może ci mężczyźni uznali, że
jestem szpiegiem czy coś i namoczyli tę szmatkę jakąś trucizną, która zacznie
powoli rozprzestrzeniać się po moim organizmie i umrę? To by było bardzo w moim
stylu.
Jazda
tym samochodem – Poison przedstawił go jako Jenny – po gładkiej powierzchni
Guano była właściwie całkiem przyjemna. Oprócz bólu. Tak, ból wszystko psuł.
Poison
prawie całą dotychczasową drogę przesiedział tyłem do kierunku jazdy. Nie,
serio, nie przesadzam – niemal cały czas opierał policzek o swój fotel i gapił
się na mnie. Czasami odwracał się, rozmawiał trochę ze Starem, by po dłuższej
chwili wrócić do poprzedniej pozycji. Gdy nasze spojrzenia się krzyżowały,
automatycznie na jego usta wpełzał szeroki, rekini uśmiech. Na początku
zastanawiałem się, czy nie powinno mnie to niepokoić czy zastanawiać, ale potem
ból przyćmił rzeczywistość i zaczęło mi zupełnie zwisać, kto na mnie patrzy.
Zawczasu
zdążyłem wyciągnąć się w miarę wygodnej pozycji na tylnych siedzeniach –
leżałem, ale że nie mieściłem się cały na kanapie, po prostu wystawiłem nogi
przez okno, wystawały więc poza samochód do połowy łydek. Poison śmiał się i mówił,
że to zmniejszy krwawienie rany, o ile krwawi. Nie wiedział, nie chciał odwijać
prowizorycznego bandaża.
Myślałem
o mamie. Zostawiłem ją płaczącą, błagającą na kolanach, bym został. Pamiętam
jej głos. „Nie mogę stracić jeszcze ciebie!” Moje serce pękło na pół, gdy
wypowiedziała te słowa. Miała rację, byłem ostatnią osobą, która jej została. Tata
zginął, nie mieliśmy pojęcia, co stało się z dziadkami, ale pewnie spotkało ich
to samo. Bolało, gdy o tym myślałem. Bolało bardziej, niż pogryziona noga, bolało
bardziej, niż poparzone od piasku stopy. Ten ból nie słabł od ponad dwóch dni,
bez przerwy wwiercał się w moje serce, wywołując kolosalne wyrzuty sumienia.
Ale
cóż mogłem teraz dla niej zrobić? Jedynie spróbować zwalczyć BL/ind, żeby
wreszcie mogła być bezpieczna. Nie mam pojęcia, od kiedy funkcjonuje
organizacja Killjoys, ale do tej pory chyba nie dokonali niczego, co mogłoby
zmienić warunki życia w Battery City. Nie mówię, że nie próbowali, bo z
pewnością tak. Ale im się nie udało. I nie wiadomo, czy i kiedy może się udać.
–
Frank?
Głos
Poisona był cichy i łagodny. Otworzyłem do tej pory zaciśnięte powieki. Nawet
nie zorientowałem się, kiedy zmorzył mnie kruchy, pozbawiony marzeń sen.
Nieprzytomnie rozejrzałem się dookoła – nic się nie zmieniło. Nadal panowała
noc, Poison niezmiennie siedział twarzą do mnie, Star wciąż prowadził. Coś
jednak... było nie tak. Nie słyszałem tych dziecinnych przekomarzanek, panowała
idealna cisza, nie licząc dźwięku opon sunących po nagrzanym asfalcie.
Zerknąłem
na czerwonowłosego – jego spojrzenie też się zmieniło. Było czujne,
zaniepokojone i... troskliwe? Co to niby miało znaczyć? Powinienem się cieszyć,
że się o mnie martwi? Powinienem się martwić tym dziwnym błyskiem w jego
oczach?
–
Mhmm? – jęknąłem w końcu, na powrót zamykając oczy. Każdy najmniejszy ruch był
dla mnie prawdziwą mordęgą.
–
Star mówi, że nie wie, czy z tego wyjdziesz.
Na
początku nie do końca zrozumiałem, co miał na myśli. Że niby z czego nie wyjdę?
Z samochodu? Noga mi utknie między siedzeniami czy coś, i nie będą mogli mnie
wyciągnąć?
–
Spoko, chłopaki, jakoś sobie po...
A
potem mój zamroczony cierpieniem umysł zrozumiał sens jego wypowiedzi.
–
Och.
Nastała
grobowa, nieprzenikniona cisza. Z zamkniętymi oczami przetwarzałem informacje.
Że co? Że niby umrę? Znalazłem osoby, przez które opuściłem miasto, nastawiłem
się na walkę i takie tam, a teraz moje życie ma się zakończyć? Ta świadomość,
że teraz leżę sobie wyciągnięty na fotelach w samochodzie, oddycham, czuję,
żyję, a za chwilę mogę po prostu przestać istnieć, była więcej niż
przerażająca.
–
W końcu go do nas zniechęcisz, idioto, wyda nas draculoidom i tyle z tego
będzie – westchnął poirytowanym głosem Star. Nie rozumiałem.
Otworzyłem
oczy i przeniosłem nieprzytomne spojrzenie na Poisona. Chociaż krawędzie pola
widzenia zacierały się, a obraz był niepokojąco niewyraźny, widziałem dokładnie
napięcie malujące się na jego twarzy. Wciągnąłem głębiej powietrze – w samochodzie,
poza wonią dymu i kawy unosił się zapach krwi. Mojej krwi. Więc to tak wygląda umieranie?
Czerwonowłosy
jeszcze przez chwilę pozostał poważny, a potem jego twarz rozjaśnił radosny
uśmiech. Zaczął chichotać w ten swój specyficzny, infantylny sposób.
Zmarszczyłem
brwi i przyglądałem mu się w skupieniu. Zdążyłem zauważyć, że ci faceci mają
swoiste poczucie humoru, ale żeby śmiać się z dużego prawdopodobieństwa czyjejś
śmierci?
Mijały
sekundy i, mimo istnie dramatycznej sytuacji, nie mogłem powstrzymać się przed
uniesieniem kącików ust w górę. Chichoczący dziko Poison był jedną z
najsłodszych rzeczy, jakie dane mi było do tej pory zobaczyć.
Za
jego plecami Star wyglądał, jakby z trudem tłumił śmiech.
–
Chyba tego nie kupiłeś?! – zachichotał czerwonowłosy, na jego twarzy malowała
się czysta, dziecięca radość. – No co ty, mały, zajmiemy się tobą, nic ci nie
będzie!
Zamrugałem.
A potem jeszcze raz i znowu, mrugałem przez bardzo długi czas, dopóki nie
opuściło mnie całe napięcie. Poczułem się zażenowany własną naiwnością i ich
zrytym poczuciem humoru. I jednocześnie szczęśliwy, bo – jeśli im wierzyć –
jednak jestem w miarę bezpieczny.
–
Je...steście nienormalni – wyjęczałem, poprawiając się na siedzeniach.
Zamknąłem
oczy. Tylko na chwilkę, żeby dać im odpocząć. Sen zmorzył mnie szybciej, niż
przewidywałem.
–
Fraaank!
Obudził
mnie ten sam głos.
Ktoś
trzymał mnie za ramiona i potrząsał lekko moim ciałem, chichocząc i raz po raz
wypowiadając moje imię. Wymruczałem coś bez ładu i składu, nim dotarło do mnie,
że to nikt inny, a Party Poison. Otworzyłem oczy. Mężczyzna zaglądał przez okno
pasażera – nie tyle, co zaglądał, ale przechylił się przez puste miejsce po
szybie i nachylał się nade mną z zaciekawieniem godnym dwulatka. Kosmyki jego
włosów łaskotały mnie w policzki.
–
Sso?
–
Już jesteśmy, wstawaj!
Jego
słowa dotarły do mnie z kilkusekundowym opóźnieniem. Natychmiast podniosłem się
do siadu, prawie zderzając się z czerwonowłosą głową. Mimowolnie parsknąłem
śmiechem, widząc chaotyczny unik Poisona. Mężczyzna prawie wyrżnął potylicą o
podsufitkę pojazdu.
–
Aleś ty zwinny – mruknąłem, uśmiechając się półgębkiem. – Ale przydaj się na
coś i pomóż mi wyjść.
Rozpoczęła
się dramatyczna walka o wydostanie mojego wychudłego ciała z samochodu. To
wcale nie było proste, z tą moją pogryzioną nogą. Zorientowałem się, że
zupełnie straciłem w niej czucie, była wręcz sparaliżowana. Miałem nadzieję, że
przejdzie mi to w najbliższym czasie, bo jednonogi im się nie przydam. Chyba,
że doczepię sobie do kikuta takie drewniane coś, jakie mieli niektórzy piraci w
starych kreskówkach.
–
Współpracuj – usłyszałem jego sapnięcie przy uchu, gdy nieporadnie włożył mi
ręce pod tyłek. Od tak; bez zbędnych ceregieli czy słowa wyjaśnienia. Zostałem
przyciągnięty do jego odzianej w niebieską kurtkę piersi, niepewnie zarzuciłem
mu ręce na szyję. Spoufalam się właśnie na środku pustyni z jakimś obcym
facetem, fajno.
–
Aua, uważaj na moją n o g ę! – syknąłem
z naciskiem na ostatnie słowo, wbijając mu paznokcie w ramię. Pewnie i tak nie
poczuł nic przez warstwę tkaniny, ale przynajmniej zapewniło mi to lepszą
przyczepność.
Od
bardzo, bardzo dawna nie dopuściłem nikogo tak blisko siebie. Tym bardziej
nie f a c e t a – no weźcie, może jestem
trochę zniewieściały, ale nigdy nawet przez głowę mi nie przeszedł homo- czy
biseksualizm. Właściwie to przecież byłem jeszcze małym szczylem i raczej to
nie jest czas ani miejsce na prowadzenie wewnętrznej dyskusji na temat swojej
orientacji seksualnej.
Poison
pachniał papierosami, kawą, plastikiem (tak, plastikiem) i tym dziwnym
jedzeniem, które rozdawali za darmo w Battery City. Power-pup, chyba tak to się
nazywało. Smakowało, pachniało i chyba nawet było zwyczajną karmą dla psów, ale
ludzie to jedli. Smutna rzeczywistość.
–
Nie wyciągnę cię – zachichotał mi wprost do ucha Poison. Mimowolnie również się
zaśmiałem; taak, ta sytuacja mimo wszystko była komiczna. – Za cholerę, Frank.
W
końcu zatrudniliśmy do pomocy Stara. Nie tyle, co do pomocy – on po prostu
wziął mnie na ręce i wyciągnął z auta, bez najmniejszych choćby trudności. Mężczyzna
postawił mnie na gorącym piachu, mierząc czerwonowłosego pełnym dezaprobaty
spojrzeniem. Przytrzymałem się samochodu, żeby nie upaść.
Poison
stanął z boku i, z zaróżowionymi policzkami, przeczesując włosy jak ci faceci z
seriali, zachichotał nerwowo. Zaraz potem wygładził materiał kurtki (który i
tak był całkiem gładki, kurtka wyglądała jak szyta na miarę, idealnie na nim
leżała), przybrał oficjalną minę i odchrząknął znacząco. Star zrobił coś
podobnego, ale już nie tak teatralnie i efektownie.
–
Panie i panowie – zaczął, chociaż niezbyt dostrzegałem tu jakiekolwiek panie –
nasza baza. Frank, prawdopodobnie twój nowy dom.
Wskazał
ręką budynek wznoszący się przed nami, na który dopiero teraz zwróciłem uwagę.
Wytrzeszczyłem oczy.
Nazywam
się Frank Iero i – łał, to miejsce to kompletna rudera.
_____________________________________________
jak widzicie, Pojsonek ewoluował w Pojsonka
Macacza.
*nerwowy chichot* wiecie, która godzina?
04:06 w tej chwili. a ja tu siedzę i piszę, no właściwie już skończyłam, więc
doceńcie to .-. poprawka: DZIĘKUJCIE NA KOLANACH. >:C spieprzyłam, jak
zwykle. jakiekolwiek błędy będę poprawiać dzisiaj rano (koło 12, 13), jak już
wstanę, bo na razie padam. dziękuję mojemu osobistemu Macaczowi aka piezgowi
aka Elizie za to, że siedzi ze mną do teraz, pomaga mi wymyślać scenariusz tego
gówna i rzuca jakimiś dziwnymi zboczonymi aluzjami.
o właśnie, co myślicie o Joyridingu? tak
sobie myślę, że to jedna z najbardziej Frerardowych piosenek, jakie dane mi
było usłyszeć. |D ustawiłam na blogowy soundtrack, chyba wam to nie
przeszkadza? .-. bo wiem, że wiele osób nie darzy tego utworu zbytnią sympatią.
xD
co do opowiadania – przepraszam, że tak nic
się nie dzieje. to się powinno niedługo zmienić, ale na razie i wy i ja musicie
się przemęczyć.
a właśnie, co do was – baaaaaaardzo dziękuję
wszystkim za komentarze (całe 3 |D). każdy z osobna i wszystkie razem cholernie
mnie zmotywowały i dodały trochę wiary w siebie, chociaż nadal uważam, że to
opowiadanie to gówno. .-. w każdym razie dziękuję jeszcze raz i naprawdę
zachęcam do komentowania, nie ma nic lepszego niż liczba komentarzy
podskakująca o oczko w górę. <3
acha – wiem, że krótkie. przepraszam. ostatnio
pisanie ciężko mi przychodzi.